W każdym razie z każdym dniem stajemy się coraz bardziej częścią tej portowej społeczności. Znamy już wszystkich włóczęgów, szukających stopa przez Atlantyk, trochę rezydentów stojących tu swoimi jachtami (Bóg wie, jak długo), załogę sklepu żeglarskiego i pobliskich barów. Naprawdę można tu wsiąknąć, nie orientując się nawet kiedy, czas przecieka przez palce. A przecież cały czas coś się robi.
Tak więc po zebraniu doświadczeń z poprzednich rejsów, wprowadziłem kilka poprawek w sprzęcie. Doszyłem brakujące taśmy do mojej dyrfkotwy, a raczej powinienem na nią mówić "kółko Kuczyńskiego", które nie wyhamowuje prędkości tak, jak klasyczna dryfkotwa, a jedynie nieco ją zmniejsza, pomagając utrzymać stateczność kursową. Do tej pory przy zszywaniu męczyłem się z "klasycznie" trójkątną igłą oraz kombinerkami, ale podczas którejś wizyty w jednym ze sklepów żeglarskich natrafiłem na wspaniałe narzędzie. Szydło. Trochę znam się na narzędziach i potrafię docenić ich walory. Musiałem je kupić. Cena 25ojro wydaje się niewielką kwotą zważywszy na to, że jeszcze tego samego wieczora wykonałem większość prac bosmańskich związanych z szyciem. Koniecznie musiałem zrobić uchwyt na kubek, którego pozazdrościć mi może każdy Amerykanin oraz w końcu dorobiłem się koszyka na najczęściej używane przedmioty (tu wiecznie się czegoś szuka, czasami mam wrażenie, że nic innego nie robię). Wymyśliłem w końcu sposób na zabezpieczenie wody na dziobie, żeby nie pofrunęła w razie przewrotki. No i w końcu oznaczyłem sobie przy samosterze, w którą stronę mam nim kręcić, aby ostrzyć i odpadać na prawym i lewym halsie. Pewnie, że można za każdym razem dedukować, w którą pokręcić, żeby odpaść, tylko gdy człowiek ledwo patrzy, staje się to kłopotliwe. Poza tym ja nawet na bomie swojej "europy" piszę, który to prawy, a który lewy. Po co się zastanawiać, choć by przez sekundę.
Najnowsze wieści są takie, że tak naprawdę nie wiadomo jakie. Po raz enty byłem w żeglarskim ze swoim samosterem i znowu nadziałem się na święto, i znowu kazano mi przyjść w piątek, i znowu nie wiadomo czy się uda. Tak więc jestem uziemiony co najmniej do piątku. Miałem z chłopakami płynąć na Teneryfę, lecz nie wiem jak to będzie. Najwyżej wystartuję z Gran Canarii sam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz